40 lat teatr radom - OKmagazyn

Przejdź do treści

KULTURA

40 lat minęło... co zostało w pamięci


Akt utworzenia Przedsiębiorstwa Państwowego pod nazwą „Radomski Teatr Powszechny” podpisano 22 grudnia 1976 r. Rok później odbyła się pierwsza premiera - „Zemsta" Aleksandra Fredry, którą wyreżyserował Aleksander Berlin.
Obecnie teatr wystawia od ośmiu do 13 premier rocznie, czyli ok. 400 spektakli. Ogląda je łącznie ok. 70 tys. widzów. Najwięcej, aż 250 razy zagrano „Zemstę” (1996) w reż. Wojciecha Kępczyńskiego. Najliczniejszą rzeszę widzów - 62 tys. – zgromadziła farsa grana od 31 grudnia 2012 r. – „Szalone nożyczki” w reż. Jerzego Bończaka. Najczęściej recenzowanym spektaklem był zaś „Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze”. Musical miał swoich wiernych fanów – jeden z nich obejrzał go 48 razy. Najdłuższym spektaklem, trwającym 4 godziny, był „Król Lear”.

Teatr w swojej działalności miał lata i chude, i tłuste. Jak wspominają je aktorzy związani z radomską sceną?

Izabela Brejtkop
w Teatrze Powszechnym w Radomiu od 1992 roku

Pierwsza rola? Pani lekkich obyczajów w musicalu „The Fantastics” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, ówczesnego dyrektora teatru. Ale początki moich marzeń o aktorstwie sięgają czasów przedszkolnych. Miałam 5 lub 6 lat, kiedy rodzice przemycili mnie na „Zemstę” i to bez biletu (śmiech). Zobaczyłam pięknie ubraną panią, która poruszała się z ogromną gracją i wdziękiem. Wtedy postanowilam, że też tak chcę. Po prawie trzydziestu latach moje marzenie się spełniło - zagrałam Podstolinę. Warto czekać na spełnienie marzeń…  
A co do żartów na scenie to temat rzeka (śmiech). Prym w tej kwestii wiódł świętej pamięci Andrzej Bieniasz. Dobry żart, moim zdaniem, to żart inteligentny i przygotowany. Zazwyczaj aktorzy robili sobie psikusy podczas sztuk, które schodziły z afisza, uprzedzając oczywiście publiczność, że coś nietypowego może się zdarzyć. To napięcie pomiędzy aktorami, te czujne spojrzenia, kto komu może dziś zrobić żarcik… bezcenne. Czego życzyć aktorom? Dobrych ról, adekwatnego wynagrodzenia i pełnej widowni.

Iwona Pieniążek
w Teatrze Powszechnym od 1999 roku

Moja pierwsza rola to postać córki drwala w bajce „Gwiazduś” w reżyserii Jurka Stępkowskiego. To była rola, w której uczyłam się teatru, przez duże T. Sceny grałam z Błaznem, w którego wcielał się Andrzej Bieniasz. Dzięki niemu i jego fantastycznemu podejściu, nie pamiętam, abyśmy zagrali choć raz tak samo. W ten sposób uczył mnie aktorstwa, uczył dialogować, uczył scenicznego rytmu.
Przez te 40 lat radomski teatr się zmienił. Wydoroślał. Wydorośleli też aktorzy. Brakuje mi scen, w których planowane były dowcipy. Oczywiście takie, które nie zmieniały przebiegu akcji. Były niezauważalne dla widzów, ale dla nas, aktorów już tak.  

Czego życzyć aktorom? Widzów. Dzięki nim aktor i teatr istnieje i ma sens.

Włodzimierz Mancewicz
w Teatrze Powszechnym od 1978 roku

Pierwszy dzień w Radomiu. Siedzę w domu na nierozpakowanych jeszcze kartonach. Nagle pukanie do drzwi. Wchodzi pracownik teatru i mówi, że jutro mam zagrać zastępstwo. Wręcza mi przy tym opasłych rozmiarów scenariusz. Pytam o co chodzi? Podobno jeden z aktorów, będąc lekko wczorajszym, chciał zwolnić dyrektora. Jak się nietrudno domyślić, nie mogło mu się to udać… No więc ja, drepcząc po tych wszystkich paczkach, nerwowo uczę się tekstu na pamięć. Kolejnego dnia wspomniany wcześniej aktor niemal na klęczkach przyszedł do teatru, błagając dyrektora Wojdana o przywrócenie do pracy. Ten stwierdził z kolei, że jeśli ja zrzeknę się roli, to on będzie mógł wrócić. Oczywiście, że się zrzekłem…  (śmiech).

Dyrektor Wojdan nam, aktorom pozwalał na scenie na wiele. O żartach, które sobie robiliśmy, można napisać osobną książkę. Poza tym byliśmy też młodsi, mieliśmy więcej fantazji niż mamy dzisiaj. Razem z Andrzejem Bieniaszem uwielbialiśmy robić sobie nawzajem dowcipy. Były one nieraz na granicy absurdu i wytrzmałości. Niejednokrotnie jeden z nas przechodził istną gehennę, żeby na scenie nie wybuchnąć śmiechem. Prowadziliśmy między sobą swego rodzaju rywalizację. Jeden z nas robił żart i od razu oczekiwał riposty drugiego. Zawsze lądowaliśmy na dywaniku u dyrektora Wojdana. Mieliśmy tam swoje wydeptane miejsca (śmiech).

Dzisiaj gramy bardzo dużo, przy pełnych widowniach. Wystarczy zapytać o wolne miejsca i można się przekonać, że ich brak, co pokazuje, że trafiamy w zapotrzebowanie publiczności. To nas, jako aktorów naprawdę cieszy. A czego nam życzyć? Połamania nóg… taki jest zwyczaj teatralny.

Jolanta Janus
kierownik biura obsługi widzów, pracuje w Teatrze Powszechnym od 1985 roku

Anegdotycznie o pierwszym dniu pracy? Po prostu nie mogłam trafić do siedziby teatru. Było to jeszcze w dzisiejszym budynku urzędu wojewódzkiego. Krążyłam po ciemnych korytarzach, a kiedy już znalazłam odpowiedni pokój, okazało się, że w jednym małym biurze przy czterech biurkach siedzi… 14 osób. Takie były moje początki (śmiech). Próbowałam jakoś się w tych warunkach odnaleźć, gorączkowo myśląc jednocześnie, czy uda mi się wydostać z budynku od razu, czy też będę znowu krążyła po korytarzach w poszukiwaniu wyjścia. Znalazłam je i do pracy wróciłam kolejnego dnia. Tak już zostało.

Teatr wciąż się zmienia. Nie tylko pod względem repertuaru. W naszej pracy, tej związanej z obsługą widzów, na przestrzeni lat przeżywaliśmy szereg wielkich i małych rewolucji. Kiedyś całą ewidencję prowadziliśmy ręcznie. Potem nadszedł moment, kiedy trzeba było zmienić tę papierową ewidencję biletową na system komputerowy. Nie było na rynku właściwego oprogramowania, więc musieliśmy pracować na programach przeznaczonych dla kin…

Kiedyś mieliśmy jedną scenę, dziś mamy aż cztery, więc teatr nieustannie tętni życiem. Mamy coraz liczniejszą publiczność.  Jesteśmy w krajowej czołówce pod względem liczby spektakli. Gramy często ponad pięćdziesiąt spektakli w miesiącu. To jest naprawdę wynik (śmiech). Ale wszystko wynika z naszej pasji, którą jest teatr. Nasz teatr.

Wojciech Ługowski
w Teatrze Powszechnym od 1986 roku

Do Radomia trafiłem z teatru w Jeleniej Górze. Przyjechałem z ciężarną żoną, lodówką, odkurzaczem i siedemnastoma paczkami rzeczy. Miałem spędzić tu dwa lata. Jestem do dzisiaj…
Czas, który tu spędziłem, był barwny i pełen humoru. Nie tylko na scenie, ale i poza nią. Pamiętam, jak przed jednym z przedstawień dyrektor dał wolne Piotrowi Bąkowi, aktorowi. Oczywiście o tym zapomniał i przed spektaklem pyta wszystkich: Kto puścił Bąka? Usłyszał chóralną odpowiedź: Pan, Panie dyrektorze (śmiech). Ale prym w żartach słownych wiódł m.in. Włodek Mancewicz. Kiedyś jeden z aktorów, bardzo wysoki (na pewno miał ponad dwa metry wzrostu), pytał wszystkich, jaki samochód powinien sobie kupić. Na to Włodek, z uśmiechem: Najlepiej taki z szyberdachem.

A wspomnienia ze sceny? Pamiętam 250-te wystawienie „Zemsty”. Grałem tam Dyndalskiego, Andrzej Bieniasz wcielał się w postać Cześnika. Andrzej miał to do siebie, że potrafił z marszu, bez żadnego przygotowania dodać własny tekst, jakiegoś ośmiozgłoskowca, którego nie powstydziłby się nawet Fredro. Nadchodzi słynna scena pisania listu, staje nade mną Andrzej i zaczyna… sapać (śmiech). W ripoście dostał dwuwers, wymyślony przeze mnie: Rozrzęziłeś się Nieboże, nic Ci więcej nie pomoże. I uciekłem ze sceny. W garderobie usłyszałem od Andrzeja, co o mnie myśli, oczywiście w formie żartu. Ale drugi raz bałem się wyjść na scenę, bo wiedziałem, że w odpowiedzi spotka mnie jakiś żart.

W teatrze następują nieustanne zmiany. Kiedy trafiłem do Radomia, starsi aktorzy starali się młodszych otaczać taką rodzinną atmosferą. Wspierali naszą pasję, która stała się - jak widać - naszym życiem. Chciałbym, składając sobie i kolegom życzenia, aby widownia zawsze była pełna. Abyśmy nie wrócili już do czasów, w których więcej było aktorów na scenie niż widzów na przedstawieniu. To były przykre dla nas, aktorów czasy. Na szczęście dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej.

Katarzyna Dorosińska
w Teatrze Powszechnym od 2012 roku

Pierwsze dni młodego aktora w teatrze zawsze okupione są niepokojem: jak przyjmą „świeżynkę aktorską” starsi koledzy? Pamiętam, że kiedy przygotowywałam się do swojej pierwszej roli, tytułowej Anny Kareniny, bardzo starałam się wkupić w łaski, zdobyć sympatię i zaufanie. W teatrze zazwyczaj następuje to w garderobie. Dosyć długo przynosiłam ciasta, robiłam herbatę… i już traciłam nadzieję. Wreszcie niespodziewanie, tuż przed premierą, na swoim stanowisku znalazłam ogromną butelkę (śmiech). Danusia Dolecka powiedziała wówczas ze śmiechem: Teraz jesteś nasza. I pamiętam do dziś - to odczucie, kiedy mi tak po ludzku ulżyło.

Czym dla mnie jest radomski teatr? To przede wszystkim relacje międzyludzkie. Traktujemy teatr jak drugi dom. Jest serdecznie, choć pracy jest bardzo dużo.

Czego nam życzyć? Zdrowia. I więcej przespanych nocy. Jest pewien paradoks: im bardziej zmęczeni jesteśmy po próbach, tym częściej nie możemy zasnąć (śmiech).
Marek Braun
w Teatrze Powszechnym od 2011 roku

Tak samo, jak szybko zacząłem pracę w Powszechnym, tak szybko mogłem ją zakończyć. W pierwszych dniach mojej pracy w tym teatrze dzwoni do Marka Brauna, czyli niby do mnie, dyrektor z prośbą, abym przyszedł na próbę. W odpowiedzi usłyszał: Zbyszek, czy ty na pewno chcesz, żebym ja był u Ciebie na próbie? Rozmowa oczywiście musiała się potoczyć ciekawie, skoro dyrektor na drugi dzień spotykając mnie na korytarzu powiedział: Marek, prawie Cię dzisiaj zwolniłem. Ja oczy w słup. O co chodzi? Okazało się, że dyrektor owszem, zadzwonił do Marka Brauna, ale przez pomyłkę nie do mnie, tylko do Marka Brauna - scenografa.

Od samego niemal początku mam kuluarową ksywkę Teatralny Psuj. Jeśli coś się zepsuje, to wszyscy wiedzą, że zrobiłem to ja. W „Zbrodni i karze” grając Roskolnikowa, zdarzyło mi się rozbić nawet… żeliwny świecznik, rekwizyt praktycznie nie do zniszczenia. Mnie się jednak udało. Przypadkiem (śmiech).  

Czego aktorom życzyć? Głodu (śmiech). Aby aktor był głodny grania. Jeśli tak jest, to oznacza, że ma pasję… Bez niej trudno uprawiać ten zawód.

© a1m agencja public relations
najnowsze wydanie
PDF - 6,5 MB
znajdź nas
FACEBOOK
Wróć do spisu treści